2012/09/19

Góry, górki i pagórki

Kilka dni temu miałam okazję wybrać się do romantycznej stolicy Europy, z którą kojarzy się wieżę Eiffla, urocze kawiarenki, no i zakochanych. O moich wrażeniach z tego miejsca opowiem jednak innym razem, napiszę tylko, że zdecydowanie serca w Paryżu nie zostawiłam.

Moje serce zostało nieco wyżej. W tym roku wróciłam je odwiedzić w Neustift, w austriackim Tyrolu. To była moja druga wizyta w tej urokliwej dolinie, gdzie każdy kolejny zakątek zapiera dech. Spacerowałam trochę dłużej, weszłam trochę wyżej i oddałam się temu miejscu trochę bardziej. Takie miejsca są mi zdecydowanie bliższe. Wolę przestrzeń od przepełnionych turystami uliczek i  wielogodzinną wspinaczkę, od szybkich i sprawnych podróży śmierdzącym metrem. Wolę skałę od metalu. Wolę czyste powietrze, przestrzeń i góry.

W tym roku wybraliśmy się z Jimmim z parą znajomych, Dominiką i Kamolą.


Spodobał mi się napis na tej kapliczce, który mówi, że wiele dróg prowadzi do Boga, a jedna z nich wiedzie przez góry.







Nagrodą po kilkugodzinnej wyprawie była austriacka szarlotka w jednym ze schronisk. Zdecydowanie odbiegała od polskich standardów, ale była równie smaczna.

Wieczór na campingu. Zatrzymaliśmy się po raz drugi w Edelweiss, który bardzo polecam ze względu na lokalizację, ludzi i warunki.



Sympatyczny sąsiad z Czech zostawił nam worek ziemniaków, który trzeba było jakoś skonsumować. Od razu pojawił się pomysł na brambory z ogniska.







Rzeźbione krzesła przy jednym ze schronisk.

Następnego dnia, po dotarciu do docelowego schroniska, postanowiliśmy, że pójdziemy jeszcze dalej, żeby zobaczyć, obiecująco wyglądające na mapie, jeziorko na wys. prawie 2400m n.p.m.


Punkt widokowy.

W lewym dolnym rogu widać zakosy, którymi wchodziliśmy do góry, a to nawet nie połowa drogi.

Droga robiła się coraz bardziej wymagająca, utarty szlak zmieniał się w kamieniste grzebienie.

Cel podróży jednak był tego wart. Natychmiast zeszło ze mnie całe zmęczenie, a jedyne co mogłam odczuwać to niemy zachwyt.




Ostatnia krówka i jej celne przesłanie.

Powroty.

Mniej więcej tak wyglądaliśmy po spędzeniu połowy dnia na szlakach. Ale szczęśliwi, bardzo szczęśliwi.

---

Ponieważ z Neustift mieliśmy jedyne 200km do jeziora Garda we Włoszech, postanowiliśmy po 3 dniach wybrać się do Arco i tam spędzić drugą część wakacji.


Zamek w Arco widziany z rynku i najlepsze na świecie lody.

Lokalna restauracja.

Arco to mekka wspinaczy. Ilość dróg jest niezliczona, od tych dla całkowitych amatorów, po wybitnie trudne, dla najlepszych. To co najbardziej spodobało mi się w tej mieścinie, to fakt, że ona żyje wspinaniem. Na mieście co drugi sklep jest ze sprzętem wspinaczkowym, ciuchami górskimi, karabinki wiszą nawet w kawiarenkach, a po ulicach chodzą ludzie z dłońmi w magnezji. Na naszym campingu prawdopodobnie 80% ludzi to byli wspinacze, a reszta to rowerzyści, windsurferzy, biegacze. Do tego nie byli to wyłącznie młodzi ludzie, a całe rodziny, którym fakt posiadania dzieci w żaden sposób nie ograniczał możliwości aktywnego spędzania czasu. Czuć było ogromną swobodę, ale i poszanowanie dla drugiej osoby. Spokój.

Wspinanie możliwe było niestety tylko do godz. 9 rano, ponieważ wtedy słońce zaczynało padać na skały, a  upał był nie do zniesienia. Wstawaliśmy więc ok 6 rano, żeby móc choć trochę poprzytulać się do wapienia.





Temperatury niebezpiecznie zbliżały się do 40st, dlatego też bez wody ciężko było wytrzymać. Korzystaliśmy z campingowego basenu, a czasem i z jeziora Garda.

J. zabrał nas na lokalną malutką plażę, gdzie było zaledwie kilka osób poza nami, znalazł ją podczas swojej poprzedniej wizyty.

Woda dawała przyjemny chłód, choć kamieniste dno było wyjątkowo nieprzyjazne.



Przy mojej jasnej karnacji, dość szybko musiałam się schować w cieniu, żeby uniknąć poparzeń.

Kolejny wschód słońca.

Czuliśmy niedosyt i postanowiliśmy, mimo okropnego upału, wybrać się do zamku Arco, skąd widać całe miasto. Jak się później okazało, o mało nie przypłaciliśmy za to udarem słonecznym.

Na tarasie widokowym pod zamkiem spotkaliśmy jego główną atrakcję - pana koguta, który regularnie coś do nas wykrzykiwał. Niestety nie znam włoskiego, więc nie powtórzę :)



Tuż przed wyjazdem raz jeszcze wybraliśmy się nad Gardę. Było pięknie, jeszcze tam wrócimy.

2012/09/03

Aga i Wiki

Kilka zdjęć panny Agnieszki, która potrzebowała odrobiny magii aparatu, by uwierzyć w to, że jest piękna.









Jeśli chcecie być na bieżąco z moją fotografią to zapraszam Was serdecznie tutaj: