2014/11/11

Love Blues

Jest jeden podstawowy powód, dla którego piszę ten post - wdzięczność. Wspomnienia, radość i ogromne wzruszenia zostaną ze mną z całą pewnością do końca życia i gdyby tylko o nie chodziło, nie wiem, czy nie zostawiłabym ich tylko dla siebie i najbliższych. W organizacji tego dnia pomogło nam jednak mnóstwo naprawdę wspaniałych osób, które zasługują na podziękowania wykrzyczane w wirtualną przestrzeń. To również dzięki nim ten dzień był idealny. Uwierzcie mi, że nie zmieniłabym w nim nic, nie żałuję też ani jednej kropli deszczu, bo to one sprawiły, że po wyjściu z kapliczki zobaczyliśmy jak góry oddychają. To był drugi najszczęśliwszy dzień w moim życiu i dziękuję każdemu, kto był z nami sercem i myślami, a przede wszystkim dziękuję mojemu mężowi, za troskę, czułość, miłość i nasz największy Skarb.

A teraz trochę szczegółów organizacyjno-technicznych w obiektywie Villka i moim.

Przygotowania i dekoracje:


Podziękowaniami dla gości były słoiczki z własnoręcznie robionym przez moich teściów dżemem truskawkowym. Dodatkowo każdy słoiczek miał przyczepiony drewniany listek z wygrawerowanym imieniem gościa.


Długo zwlekałam z tematem kwiatów. Wątpiłam bowiem, że znajdę kogoś kto zrozumie moją wizję (której tak naprawdę nie miałam). Na szczęście z polecenia trafiłam na Magdę z In Bloom, z którą dogadywałam się niemal bez słów. Ostatecznie zasugerowałam jej tylko kolorystykę i co mniej więcej będzie potrzebne. Z resztą  zdałam się w pełni na nią i to była świetna decyzja, bo efekt końcowy był zachwycający. Ta wspaniała dziewczyna nie tylko włożyła całe serce w swoje kompozycje, ale i poświęciła mnóstwo czasu pomagając nam przy dekorowaniu sali. Dziękuję, Madziu.



Bardzo długo myślałam, że sama zajmę się większością dekoracji, mimo jednak największych chęci, intensywny sezon fotograficzny i brzdąc w domu zmusiły mnie do podzielenia się tą przyjemnością z innymi. Dzięki temu poznałam jednak grono przesympatycznych, zdolnych osób, które podzielają moją pasje do robótek ręcznych. Papierowe cuda wykonały dla nas Ida i Ania z Cudowianków. Dziewczyny stworzyły leśne akcenty w postaci pików do babeczek, dekoracji słomek, zawieszek na alkohol, girlandy na stół ze słodkościami, naklejek z podziękowaniami na słoiczki oraz dwóch indiańskich akcentów do pakietów startowych dla naszych najmłodszych gości - pióropuszy i tatuaży zmywalnych. Na facebooku dziewczyn znajdziecie więcej szczegółowych zdjęć.



A jeśli mowa o zestawach startowych dla maluchów, to była to jedna z najfajniejszych rzeczy w przygotowaniu. Przygotowałam dla dzieciaków książeczki z zadaniami, łamigłówkami i kolorowankami, zestaw kredek, tatuaży zmywalnych i pióropusz do samodzielnego ozdobienia. Widok małych, kolorowych Indian buszujących na parkiecie był bezcenny :)


Nie miałam konkretnej wizji dekoracji, wszystko z czasem zaczęło układać się samo. Wiedziałam po prostu, że chcę w dekoracjach oddać klimat gór i lasu, czyli to co oboje uwielbiamy i gdzie czujemy się najlepiej. Przy pomocy Taty i Teścia zdobyłam plastry drewna, które służyły jako podstawki pod wazony, ale i jako patera na babeczki i stojak na cake-popsy. Zrobiłam też zwierzęce piki pomalowane farbą tablicową, na których miały być napisane smaki poszczególnych smakołyków. 


Główną dekoracją były latarenki. To był jeden element, na którym mi naprawdę zależało. Początkowo miały być to szklane terraria, jednak po przeszukaniu Internetu, szybko zrozumiałam, że to niestety nie na moja kieszeń i zaczęłam myśleć nad alternatywą. Po raz kolejny zwróciłam się po pomoc do mojego Taty, który nigdy nie przestanie zaskakiwać mnie swoimi manualnymi zdolnościami. Dzięki niemu nie tylko miałam swoje upragnione latarenki, ale i zaprojektowałam je tak, że efekt końcowy przerósł po stokroć moje oczekiwania. Były one otoczone ramkami z panoramą gór, na daszkach miały wygrawerowane fazy księżyca, a w środku skrywały magiczne leśno-kwiatowe kompozycje Magdy podświetlone małymi diodkami. W tym miejscu muszę jeszcze podziękować kochanym siostrom (Sarze i Villkowi) za to, że dzielnie szlifowały ze mną ramki w przeddzień ślubu :)
Wiele osób pytało nas po weselu o możliwość zakupu takich latarenek, przez co planujemy w niedługim czasie wprowadzić je do asortymentu MerryMeetMe. Z czasem poinformujemy o tym na fanpage'u.








Gdzieś po drodze pojawił się również pomysł pojedynczych kwiatów w próbówkach i tu znów ogromne podziękowania dla Taty za stojaki, w których znów mogłam przemycić fascynację księżycem.



Jak to powiedział mój mąż, na chwilę przed wprowadzeniem naszych gości w stan totalnego zaskoczenia, ten dzień był dobrą okazją, by móc spełnić swoje marzenia. Jedno z nich było odkładane przeze mnie przez lata, aż w końcu, na miesiąc przed ślubem, powiedziałam, że jak nie teraz, to już chyba nigdy nie znajdę lepszej motywacji. Tym sposobem, wygospodarowaliśmy 4 tajne, godzinne spotkania i zaczęłam uczyć się grać na perkusji, by móc w sukni ślubnej wystąpić z mężem na naszym weselu. Dziękuję naszemu przyjacielowi, Sajmonowi, który cierpliwie uczył mnie podstaw i udostępnił swój kosmiczny sprzęt. Wszystko wyszło doskonale. Nie wiem czy zagrałam dobrze, uwierzcie mi, że nie miało to tak naprawdę znaczenia, poziom buzującej adrenaliny osiągnął poziom czystej euforii, nie zapomnę tego do końca życia i chcę WIĘCEJ! 


Zdjęcia z prób.



Najczęściej zadawanym pytaniem w sprawie ślubu było: "A kto ci będzie robił zdjęcia?". Serio, pytał o to każdy, w dodatku często z wyraźną troską. Wiele osób uważało, że moje wymagania będą ogromne, a ja wiedziałam, że wystarczy znaleźć odpowiednią osobę i dać jej pełną swobodę. Poprosiłam znajomych o zasugerowanie jakiegoś fotografa i Justynę wskazało kilka osób. Po obejrzeniu jej zdjęć, wiedziałam, że to to. Po naszym spotkaniu byłam wręcz o tym przekonana. Justyna ma takie podejście do fotografii jak ja. Wiem, że mamy takie samo fotograficzne serce, więc zaufałam jej w pełni. Jedyne na czym mi zależało, to by spędziła z nami mile dzień i pracowała z uśmiechem na ustach. Bardzo się cieszę, że to właśnie ona była z nami i wypatruję niecierpliwie naszego kolejnego spotkania. Dziękujemy, Czarodziejko za oddanie magii tamtego dnia. Poniżej znajdziecie fragment tej przepięknej pamiątki.











Dziękuję Olu nie tylko za piękny makijaż, ale i za każdą z prób, wspólnie spędzony czas i pomoc w tysiącu innych spraw.








Sukienka... Od początku wiedziałam, że chodzenie po salonach nie ma sensu, bo nie znajdę w nich sukienki w swoim stylu, a nawet jeśli, to pewnie będzie kosztowała milion dolarów. Zaczęłam więc poszukiwania krawcowej, która zrozumie moją wizję leśnej sukienki. Po kilku nieudanych próbach komunikacji na tych samych falach estetycznych, byłam już w sumie pogodzona z tym, że do ślubu pójdę po prostu w jakiejśtam sukience. 
Pewnego dnia jednak zrobiłam coś, czego w ogóle nie planowałam - weszłam do jeleniogórskiego salonu sukni ślubnych, takiego "jestem-tu-od-zawsze". Od lat mijałam jego wystawę, która niekoniecznie dawała nadzieję na nić porozumienia, ale nieukrywajmy - moja wizja odbiega nieco od standardowych oczekiwań lokalnych panien młodych. Przypomniałam sobie, że to właśnie o tym salonie mówiły mi moje panny młode, które uszyły tam swoje wymarzone sukienki, postanowiłam więc dać nam szansę. I całe szczęście, bo już na pierwszym spotkaniu z Panią Bożenką - właścicielką salonu Gebi - pojawiło się światełko w tunelu. Moje inspiracje i ogólny zamysł sukienki zostały, ku mojemu wielkiemu zakoczeniu, przyjęte z dużym entuzjazmem, a dalej było już tylko lepiej. Podczas wybierania materiałów przejrzałam dwa wielkie wory koronek, jednak żadna z nich nie była "tym czymś". Wtedy moja cudotwórczyni wyciągnęła ostatnią małą reklamówkę i gdy powiedziała, że ma jeszcze coś takiego "dziwnego" zyskała moją pełną uwagę. To dziwne coś okazało się strzałem w dziesiątkę i finalnie to właśnie ta koronka ozdobiła moja sukienkę. Każda kolejna przymiarka była przesympatycznym spotkaniem, po którym nie mogłam przestać się uśmiechać. Nie tylko ze względu na samą sukienkę, ale przede wszystkim na atmosferę, w której dane było mi ją mierzyć. Dziękuję!




















Nasza kapliczka widziana z oddali.





Jestem antyfanem bolerek. Naprawdę szczerze ich nie cierpię i nie wyobrażałam sobie, żebym miała cokolwiek podobnego na siebie założyć. Rozważałam prosty sweter, jednak ukochana babcia zrealizowała moją wymarzoną wizję i uszyła dla mnie pelerynę z kapturem, do której na szybko zrobiłyśmy z Vilkiem zapięcie z kolczyka w kształcie liścia.






















Jedną z większych atrakcji dla gości był słodki stół autorstwa Muffinki. Z Weroniką spotkałam się kiedyś na innym ślubie, gdzie debiutowała i już wtedy nie mogłam oderwać się od jej wypieków. Naprawdę były zachwycające. Dostaliśmy całe mnóstwo ochów i achów od gości, co tylko potwierdza jej talent. Na jej blogu można zobaczyć więcej zdjęć naszego słodkiego stołu.




















Justynka, dziękujemy!


Zagraliśmy wspólnie ten utwór. (zdjęcie zrobione przez mojego szwagra)

Dziękuję również Sebastianowi, naszemu DJ-owi, który zadbał o świetny rockowy repertuar na naszym weselu, dzięki któremu wyszalałam się do utraty tchu. W dodatku jest on świetnym wokalistą i saksofonistą, dzięki czemu oprócz oryginalnych utworów, mieliśmy również rewelacyjne akcenty z muzyką na żywo. 

Możemy z czystym sercem polecić agroturystykę "Pod Dudziarzem" w Radomierzu. Dziękujemy Pani Anetko za przepyszne jedzenie, cierpliwość i domową atmosferę, która jako pierwsza zachęciła nas do organizacji tam wesela.

Mimo że nie widzieliśmy jeszcze efektu końcowego, dziękuję również Bartowi za dyskrecję i uśmiech.

zdjęcia: Justyna Zduńczyk i Ania Pińkowska
sukienka: Salon sukni ślubnych Gebi Jelenia Góra
makijaż: Ola Oblicka
fryzura: Sylwia Drożniak
kwiaty/wianek: Madzia In Bloom
dekoracje papierowe: Cudowianki
słodki stół: Muffinka
DJ: Sebastian Lehner
film: Maciek Bartkiewicz
tort: Cukiernia Merkury
księga gości: Decoris
miejsce ceremonii: Kapliczka Św. Anny na Grabowcu
sala weselna: Pod Dudziarzem w Radomierzu