2012/06/20

Ogród Rzeźbiarza

Robiąc zdjęcia często odwracamy się za siebie. A może po prostu ja tak mam. Po to fotografuję, by zamrozić i móc odwiedzać przeszłość. Dziś wracam do tej dalszej, sprzed 4lat. To była wyjątkowa sesja, w pewien sposób przełomowa i niedościgniona. Nie jest doskonała, jest magiczna. Są sesje, do których wracam, gdy gubię się i nie wiem, którą ścieżką iść. Te, które nawet po latach są szczere, prawdziwe, bliskie. Sesja z Dorianą w ogrodzie rzeźbiarza Bronisława Chromego (twórcy m.in. Smoka Wawelskiego) jest jedną z nich. Znalazłam się tam w sumie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Otworzyłam żelazną furtkę i  przeniosłam się w inny świat. Świat w którym chcę istnieć i tworzyć. Dziś wracam do niej nie bez powodu, zataczam koło i szukam pewnej zgubionej ścieżki.

Poniższe zdjęcia są publikowane po raz pierwszy. Pochodzą z jedynej kliszy średnioformatowej jaką zrobiłam w życiu. Przez lata trzymałam je w tajemnicy, wiedzieli o nich nieliczni, którzy otrzymali je w prezencie. Oni wiedzą dlaczego. Czas chyba jednak, by mogły zaistnieć i w szerszym gronie odbiorców. Czuję się lekko skrępowana i trochę w niezrozumiały sposób wzruszona. Zapraszam Was do mojej bajki.










Jest też i ruchoma pamiątka z tego dnia:


2012/06/13

Snaps

Wydawało mi się, że robienie zdjęć telefonem to nic dobrego. Jakość fatalna, a do tego może rozleniwić do tego stopnia, że właściwy aparat zacznie się kurzyć. Zaczęłam doceniać jednak tą możliwość, ponieważ nie zawsze mam swoją cegiełkę przy sobie, a jest dużo takich momentów, które chciałoby się uchwycić, nawet gdy jakość obrazu pozostawia wiele do życzenia. Mój canon nie czuje się wcale obrażony, a tym bardziej zaniedbany, wręcz przeciwnie. Wyrobiłam sobie odruch uwieczniania otaczających mnie chwil i detali, a to czym je zamrożę zależy tylko i wyłącznie od tego, co akurat mam pod ręką. Nadal stawiam na jakość, ale i te niedoskonałości mają w sobie dużo uroku, szczególnie, że i za nimi idą opowieści.


1 rząd - odwiedziny Villka i pogaduchy na polu przed mieszkaniem.
2 rząd - codzienne parapetowanie i spacer.
3 rząd - pobyt w Chałupkach
4 rząd - modele i toaletka od taty, Sara pomaga malować szafę
5 rząd - Wrocław

Jak się domyślacie, zdjęcia pochodzą z aplikacji Instagram, znajdziecie mnie tam pod nickiem aifowy.

2012/06/09

Pierwszy krzyk

W swoim zawodzie, pasji, codzienności, staram się skupić na wyszukiwaniu i utrwalaniu piękna. Twarz, gest, miejsce, czas. Wydawało mi się, że widziałam już wiele, a przynajmniej tyle, że mogę swój zachwyt szufladkować, układać tematycznie. Znałam też swoje reakcje, wiedziałam jak to piękno odbierać, jak je zachowywać i się nim dzielić. Słowami, uśmiechem, gestem. Jedna noc z poniedziałku na wtorek pomieszała mi te szufladki.

Najpierw była wiadomość. Parę godzin i jedną skręconą szafę później, byliśmy już w drodze do szpitala. Lekkie zniecierpliwienie gubiło się pod hipnotyzującym pięknem pełnego księżyca. Idealna noc, by zaczynać. - mruczałam sobie pod nosem to zdanie jak mantrę. Ogromna kula potęgowała wyjątkowość chwili, która przez moment stała się bezimienna. Na te kilka minut zapomniałam dokąd i dlaczego jadę. Oślepiona i otępiona, odzyskałam świadomość dopiero na widok potężnej budowli, pod którą jeszcze nie tak dawno temu podjeżdżaliśmy pełni obaw i zmartwień. Szpitalne korytarze wypełniało echo naszych kroków. Po drodze szybka kawa z automatu i przyspieszony oddech na schodach. Miałam wrażenie, że w całym budynku nie było nikogo poza nami i panią z recepcji. Do czasu.

Dosłownie kilka minut po tym jak dotarliśmy pod właściwe drzwi, po szpitalnych murach przebiegł krzyk. Ten jeden, upragniony, przynoszący ulgę, pierwszy krzyk. Hania przyszła na świat i witała się z nami zza drzwi z napisem "blok operacyjny i porodowy". Zbiegliśmy po schodach i wspięliśmy się po nich raz jeszcze, żeby po drugiej stronie czekać na wieści od nowego taty. I to było właśnie wtedy. Zobaczyłam brata Jimmiego w stanie wzruszającej euforii, a może i cudownego obłąkania. Jedyne co mógł powiedzieć, to że Hania ma malutką główkę i czarne włosy. To było zjawisko piękniejsze niż wiele poprzednich. Zabierające mowę, nawet uśmiech stał się mało wymowny. Zdobyłam się na uścisk i kilka banalnych słów, których nie zapamięta zapewne żadne z nas. W środku wrzało. Niesamowite jak wiele może namieszać taka mała istota. Następnego dnia odwiedziliśmy i samą kruszynkę i szczęśliwych rodziców. Po przekroczeniu progu pokoju szpitalnego i zobaczeniu maleństwa, czas się zatrzymał, a nerwy i stres schowały po kątach. Szczęście i spokój wypełniały przestrzeń, a ja tylko stałam i zbierałam je do kieszeni.



 
 

Niestety nie mam dla Was zdjęć bohaterów tej historii, ponieważ nie wiem, czy by sobie tego życzyli, a teraz mają znacznie ważniejsze sprawy na głowie, więc nawet nie pytam. Z tego miejsca również życzę im dużo szczęścia, zdrowia i małych-wielkich radości.